Pokazywanie postów oznaczonych etykietą crap. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą crap. Pokaż wszystkie posty

19 sie 2017

Gothic 6 - Titan Lords


Niektóre gry nie powinny powstać, a niektóre studia powinny przestać próbować odtworzyć swoje Opus Magnum, którym była gra sprzed dekady.

W żadną grę od Piranha Bytes nie grałem od dłuższego już czasu. Ostatnią moją próbą był nieszczęsny Gothic 3, a teraz właśnie udało mi się zabrać za Risen 3 (Gothic 6) - Titan Lords.

Przez cały czas trwania mojej dziewiętnastogodzinnej rozgrywki czułem, że twórcy chcieli, żeby to był nowy Gothic.
Trzy obozy, bezimienny, "Śniący", wielkie zło i zbieranie drużyny do pokonania go. Czyli hardo mashup Gothic 1 i Gothic 2.

Jedna z nielicznych rzeczy, która mi się podobała w trakcie mojej rozgrywki, był system rozwoju postaci. Widać, że ktoś go przemyślał i ułożył tak, żeby nikt nie miał z tym problemów.
Niestety tego samego o systemie walki nie można powiedzieć. W trakcie sporu miało się cztery wyjścia:
- Męczyć się walką wręcz
- Robić kółka wokół przeciwnika i czekać, aż nasz towarzysz zabije przeciwnika
- Spamować atakiem broni dodatkowej
- Zabijać magią albo bronią dystansową.

Walka wręcz może i byłaby przyjemna i fajna, gdyby nie fakt bardzo dziwnego systemu, przez który nasz bohater zależnie od tego, czy uda się nam nacelować w przeciwnika, zamienia się w homing missile. System Homing działa następująco - jeśli nad przeciwnikiem pojawia się jego nazwa i ładujemy atak, nasz bohater niezależnie od dzielącego nas dystansu doskoczy i spróbuje zaatakować. Ten sam system dostępny jest też wrogom. Z tego też powodu robienie przedwczesnych uników na drugi kraniec kontynentu nie ma sensu, bo przeciwnik i tak doskoczy do nas i spróbuje zaatakować...
Plus bloki, ciężkie ataki i riposty. Wydawało by Ci się pewnie, czytelniku drogi, że jak przeciwnik blokuje, to robisz ciężki atak, żeby się przez to przebić i potem atakujesz normalnie... A tu niespodzianka, nie zawsze to działa. Zauważyłem, że zwyczajna kombinacja ataków przebija się przez blok tak samo skutecznie, jak ciężkie ataki... tylko ciężkie ataki zadają więcej demejdża...
A na utrudnienie tego wszystkiego pojawiają się także riposty, które może zastosować na nas także przeciwnik. Jedynym wręcz momentem, kiedy możemy zaatakować wroga, to moment kiedy ładuje ciężki atak. Także zabawy płynącej z ciachania jakimś fajnym mieczem... tak naprawdę nie ma.
Jeden z najbardziej nużących elementów... Bitwa morska z potworem

Walka magią jest bardzo przyjemna i wręcz aż trochę oszukana. Podstawowe zaklęcie starcza na całą grę i wystarczy tylko inwestować w statystykę Magii, żeby być OP as fuck. Dodatkowo zaklęcie to trafia wszystkich przed nami, więc sensu w męczeniu się normalną walką naprawdę nie ma.
Poza tym miałem małe odczucia walczenia magią, gdyż animacja bardziej przypomina atakowanie energią ki używając relaksacyjnych form Taichi.

Ogólnie mam wrażenie, że reżyser w Piranha Bytes ma jakiś fetysz na punkcie pająków, którymi to usilnie próbuje zarazić graczy. Szczególnie, że w grze najbardziej różnorodnym gatunkiem potworów są właśnie pająki... których mamy aż pięć gatunków. Pomimo ich różnorodności, gdyż mamy np. leśnego i tropikalnego pająka i tak występują w tym samym miejscu.
Dodatkowo w tej części gry spotykamy babcię Śniącego z Gothica 1, wielką Magaroth, która to jest najstarszą i najpotężniejszą istotą na Ziemi i nie... nie jest głównym bossem. Pokonujemy tą prastarą istotę w trakcie drugiego rozdziału, jest ona po prostu ostatnim przeciwnikiem subquesta. Na jej miejscu obraził bym się niczym Tarasque z Knight of Pen and Papers i dał w długą.
Ja? Próbuje skończyć grę :D

Mam wrażenie, że studio PB próbuje zjednoczyć się duchowo ze zwierzątkiem, które ma w nazwie, i żerować na zatwardziałych fanach Gothiców. Bo fakt, jeśli uważasz Gothica za najlepszego cRPGa wszech czasów, to przy Rajsenie spędzisz dużo radosnego czasu i uznasz zakup za dobrze wydane pieniądze. Ja? Ja się cieszę, że dostałem to w Bundlu.

Gra, pomimo bugów, dawała mi jakąś chorą przyjemność (pewnie przez system ulepszeń, który z niewiadomych powodów zawsze daje mi radość). Niestety od pewnego momentu zaczęły mnie nużyć infantylne i proste dialogi, jak za moich pierwszych sesji papierowych RPGów, i zacząłem hardo brnąć do przodu z główną fabułą. Ta także mnie momentami bolała, bo ktoś chyba nie umiał się zdecydować, czy ma to być poważny czy komediowy klimat, i próbował zrobić jakiś tragikomizm, który za bardzo się nie udał i nawet odstraszał.
Wartym napomknięcia jest tutaj lenistwo twórców gry, jak chociażby brak ważnych animacji wykonywania czynności, a te które były... były okropne. Bezsensowne ciągi przyczynowo-skutkowe, gdzie np. nasza postać uczy się potężnego zaklęcia do niszczenia Kryształowych Portali, od tak już na początku gry, pomimo tego, że te portale miały być niezniszczalne. Następuje wombo combo i pomimo tego, że nauka rzucenia tego zawiera jakąś rytualną animacje, tak już niszczenie portalów w warunkach bojowych to tylko patrzenie jak wybuchają.

System questów mnie momentami rozwalał, kiedy to biegam sobie gdzieś, zabijam coś po drodze i nagle na ekranie widzę licznik zabitych istot... zabijam kolejne 5 i otrzymuję komunikat, że wykonałem jakiegoś questa. Później, spotykając jakiegoś NPCa, którego widzę pierwszy raz w życiu, oznajmiam mu z dumą, że oczyściłem teren tak, jak chciał... Normalnie wróżbita z tego bohatera.
Uwierz mi, wiem.

Zakończenie gry przypomniało pewien odcinek "Zagrajmy w Crapa", bo po 10 sekundowej cutscence gra wróciła do menu głównego tak, jakbym miał po prostu od razu zagrać w nową grę, wczytać zapis i grać dalej, albo wyłączyć i odinstalować... chyba nie muszę mówić, którą opcje wybrałem? Jak na zwieńczenie epickiej trylogii (Którą to Risen podobnie jest) - bardzo słabo.
Moja ocena końcowa tego tytułu to dwie łapki na pięć.

PS. Dużym plusem gry jest jej łączenie się w bólu gracza np. zabijając głównego złego, kiedy to w myślach przeszło mi "uff, w końcu", dostałem Achievement o tytule "W końcu". Jednak ktoś wiedział, że przejście tej gry to będzie męka.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

4 maj 2017

Sentymenty niewskazane~

Każdy z nas zapewne ma grę, do której wraca czasem pamięcią, wspominając o tym jak to dobrze się w nią łupało i ile zarwanych nocek poświęciliśmy żeby ograć dany tytuł do końca.

Tylko tak, jak każdy z nas ma taką grę, to nie do każdej z nich warto wracać. Czasem nawet lepiej, jak nie znajdzie się jej na dysku twardym naszych komputerów już nigdy więcej.

Ja swój nieszczęsny powrót przeżyłem z grą BloodRayne. Tytuł ten bardzo miło wspominałem i byłem ciekaw, czy jak na tytuł z ocenami od 7 do 9 na 10 na różnych portalach mogła się bardzo zestarzeć.

Szkoda, że nie mogę cofnąć swojej decyzji, gdyż tytuł zestarzał się bardziej niż byłem to w stanie przewidzieć.

Oczywiście nie chodzi mi o aspekt graficzny, gdyż na ten element rzadko kiedy zważam. Bardziej interesuje mnie grywalność tytułu, mechanika i fabuła, czyli bardzo ogólnie rzec można by było, że to gameplay jest tym, co mnie jara w grach najbardziej.

Niestety, chyba na pozytywne odczucia w związku z tym tytułem zadział fakt, że grałem w tę pozycję maksymalnie rok po jej premierze. Mało wtedy wiedziałem tak naprawdę o tym, co gra powinna po sobie przedstawiać... tak samo pewnie jak jej twórcy.
Teraz jestem bardziej wyedukowany, nie jedną książkę o Game Designie mam za sobą, trochę własnych doświadczeń powiązanych z tworzeniem gier też przeżyłem. Na nieszczęście niektórych tytułów, pasywnie analizuję mechanikę danej gry.
Jeśli chodzi o aspekt dla mnie najważniejszy, to niestety Bloodrayne zestarzał się tak mocno, że stał się tytułem mało grywalnym.
Jakbym miał zacząć od tego co się zestarzało... cóż, chyba łatwiej byłoby zacząć od tego co się nie zestarzało. I z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że menu gry jest okej.
Twórcy pokusili się nawet o jakieś nawiązania~

Fabularnie, od kiepskich dowcipów, po sam motyw przewodni - jest słabo. Logika fabuły jest na poziomie kiepskiego filmu klasy D. I tak naprawdę jeśli chodzi o ten aspekt to nawet nie mam co więcej się rozchodzić, bo film klasy D oddaje w pełni zawiłość tej pozycji. Pewnie tak naprawdę tytuł wyceniałem na więcej, bo w okresie, kiedy ogrywałem ten tytuł po raz pierwszy, moja zdolność rozumienia angielskiego była na bardzo podstawowym poziomie.

System walki, a raczej jego brak (bo jedyne co robimy to mashujemy LPMa i biegamy w kółko) kwiczy o poprawkę. Co lepsze - system walki ewoluuje. Co jakiś czas zdobywamy nowy "level" i zostaje nam udostępniony kolejny cios po kolejnym wciśnięciu LPM... Oczywiście oprócz walki wręcz mamy dostęp do broni dystansowych. Szkoda tylko, że są skrajnie nieprzydatne, gdyż nawet zwykły chłopek potrafi przeżyć serię z całego magazynka MP40, a nawet czasem i dwóch (bo jakby nie patrzeć Rayne potrafi prawie każdy rodzaj broni trzymać tylko w jednej łapce, więc przez większość gry latamy z dwoma brońmi).

Powtarzalność problematyki, czyli jak gdzieś dojść i jakie przeszkody mamy po drodze, jest boleśnie powtarzalna. Mnie osobiście bolał trujący gaz, który zabija Cię w parę sekund i masz tak naprawdę czas tylko na celne trafienie granatem w szybę. Jeśli spudłujesz, no to cóż... grasz od początku.
W BloodRayne nie ma czegoś takiego jak Savepoint czy Checkpoint - umrzesz pod koniec etapu, przechodź go od początku (a niektórzy kwiczą, że Dark Souls jest trudne).
Tak spędzamy większość gry, bo jest to najbardziej efektywny sposób rozprawienia się z wrogami~

BloodRayne pokazał mi jak to sentymenty są tak naprawdę czymś negatywnym, szczególnie jeśli chodzi o gry. Tak naprawdę to nie jest jedyny tytuł, które tak mocno się zestarzał, dla większości tego typu pozycji problemy są dokładnie takie same - przestarzała mechanika powoduje problemy.
Oczywiście nie chcę być zrozumiany tak, jakbym to się przyzwyczaił do jakiś nowatorskich mechanik. Jest dużo gier do których chętnie wracam nie tylko pamięcią, ale też i instalacją. Wiedźmin 1, KotOR, Warcraft 3 to są przykłady gier, które pomimo swojego wieku nie mają takiego problemu jak przykładowo BloodRayne.
Dodatkowo większość gier z PSX, PS2 nie ma takiej bolączki mechanicznej, gdyż po prostu zostały lepiej dopracowane i przemyślane. Na konsolach gry odgórnie były dobrym bądź złym tytułem, gdyż nie istniało coś takiego jak aktualizacja.

Pewna cześć gier, czy to PC czy też konsolowych, od samego początku była skazana na chowanie po półkach i dowalanie przysłowiowego gwoździa do trumny swojego studia. Ciekawi mnie, dlaczego z częścią pozycji tak nie było. BloodRayne, Gothic, Hitman czy Splinter Cell to gry, które w momencie swojej premiery były tytułami dobrymi... I tego w żaden sposób im nie mam zamiaru uwłaczać, ale niestety to są gry, które na dzisiejsze standardy są naprawdę słabe, które bardzo mocno się zestarzały, wręcz do poziomu niegrywalności. Większość osób będzie zatwardziale bronić takich tytułów, gdyż z powodu sentymentów każdy negatywny niuans danego tytułu zostanie przez nich całkowicie zignorowany (Ignorance is a Bliss).
Ja ignorować tego co mi się nie podoba nie potrafię, dlatego też tak jak lubiłem BloodRayne czy też Gothica, tak teraz wolę trzymać te tytuły od mojego dysku twardego jak najdalej tylko się da.

Ogólnie temat sentymentów, szczególnie w polskiej sferze gejmingowej, jest bardzo ciekawy. Być może kiedyś pokuszę się o ruszenie góry lodowej zwanej Gothiciem, gdyż ten tytuł w Polsce jak dla mnie jest za bardzo gloryfikowany i nazywany cRPG wszech czasów.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+